Opuszczają nas niespodziewanie i coraz częściej. Piękne i barwne postacie, które stanowiły i wciąż będą stanowić wieczne autorytety. Persony, które podziwiamy za ich twórczość, życie i, do których chcemy się upodabniać...
Wczoraj odeszła jedna z największych postaci polskiego teatru i kinematografii - Krystyna Feldman. Osoba charakterystyczna i doceniana przez kolejne pokolenia widzów, znawców, wielbicieli swiata sztuki. Miała 86 lat.
Aktorka nigdy nie grywała ról amantek, gdyż jak sama twierdziła nie czuła predyspozycji, również tych wewnętrznych, do wcielania się w takie właśnie postacie. Sztuką było natomiast to, że drugoplanowe role, które zwykle grywała potrafiła ukształtować w tak niesamowity i barwny, że nidgy nie mogły być spychane na drugi plan. Śmiało konkurowały z amanckimi rolami pierwszoplanowymi. Jej chrakterystyczna osobowość można było wyczuć w każdej granej przez niej roli.
Krystyna Feldman pochodziła z rodziny aktora i śpiewaczki operowej, skończyła studium aktorskie.
Zapamiętamy ją z ról teatralnych, m.in. w "Weselu", "Domu otwartym", "Roberto Zucco", "Yesterday", "Dwa księżyce", "Zabicie ciotki", "Krzesłach" czy ostatniego monodramu - "I to mi zostało".
Swoją późną popularność zdobyła dzięki wcieleniu się babcię Rozalię w telewizyjnym serialu "Świat według Kiepskich". Za wybitną rolę Nikifora w filmie o życiu artysty w reżyserii Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze, do którego była bliźniaczo wręcz podobna, otrzymała aktorskie nagrody, m.in. w Karlowych Warach, Valladolid, Pune, Kijowie i Zimbabwe. |